światosław / tales from the world

Posts tagged:

magic

ça vient / to przychodzi

June 26th, 2014

 

 

 

“l’amour n’est pas force
ça vient”

“miłości nie zmusisz
sama se przyjdzie”

 

 

Time to visit the most demanding and difficult lover, but also most exciting one. West Africa, I am ready again. Dark magic and fun, primal energy and sense of humour. Jungles of Cameroon and Gabon, most likely this November.

 

 

Czas odwiedzić najbardziej wymagającą, najtrudniejszą kochankę, ale przez to ekscytującą. Afryko Zachodnia, jestem znów gotowy. Ciemna magia i dzika radocha, pierwotna energia i poczucie humoru. Dżungle Kamerunu i Gabonu, jak nic się nie zjebie, zaczynamy w listopadzie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ayahuasqueros : Jose Torres

March 16th, 2014

 

 

 

I only post it because it is Sunday today. I don’t suspect there are many people reading this blog who are into love magic, believe in power of esoteric perfumes that may bring luck in business or personal life and like their ayahuasca taken evangelical church style, with exorcisms, sitting all night in uncomfortable benches, in a group of more than hundred patients, against one charismatic healer and dozen of his helpers. You do ? Well, sorry, there will be no story here, on some Friday go to Coca ( Orellana ) in the Amazon of Ecuador, call Jose Torres ( 0999632418 ) to confirm the show is happening, prepare to pay something like 40 or 50 USD they will try to charge you ( I refused to pay ) and enjoy this curious event. You should count around 1 hour on public bus from old bus station in the centre of Coca, and the last one leaves around 6 PM. But I should make sure again, do you really want to pray to Jesus and get spit on with booze while on psychedelic brews?

I do not want to take away faith from all those crowds of desperate people waiting outside Jose Torres’ clinic, but I don’t think they are reading this, and I hope you are smarter.

 

 

Zamieszczam to tylko dlatego, że dziś niedziela. Nie podejrzewam wielu z czytających tego bloga o wiarę w miłosną magię, moc ezoterycznych perfumów, które przynoszą szczęście w biznesie i życiu osobistym, o to, że lubicie pić swoją ayahuaskę w ewangelicko-kościelnym stylu, otoczeni przez setkę pacjentów, siedząc całą noc w niewygodnych, drewnianych ławkach, naprzeciw jednego charyzmatycznego znachora i tuzina jego pomocników szturchających was kijem przy każdym przyśnięciu. Lubicie takie rzeczy? Cóż, przykro mi, ale nie będzie tu żadnej opowieści, w jakiś piątek wybierzcie się do Coca ( Orellana) we wschodnim Ekwadorze, zadzwońcie do Jose Torresa ( 0999632418 ) aby potwierdzić czy tego dnia na pewno imprezka ma miejsce, przygotujcie na wybulenie około 50 USD, które od was zażądają ( ja odmówiłem ), i cieszcie się dziwnością chwili. Dojechanie na miejsce ze starego dworca autobusowego w Coca powinno zająć około godziny, ostatni bus odjeżdża o 18:00 i kosztuje 1 USD. Ale jeszcze raz się upewnię, na pewno chcecie modlić się do Jezusa i być opluwanym alkoholowym roztworem, będąc pod wpływem psychodelicznego wywaru?

Nie chcę odbierać wiary tym wszystkim tłumom zdesperowanych ludzi czekających na zewnątrz kliniki Jose Torresa, ale nie sądze aby to czytali, a wy, mam nadzieję, jesteście rozsądniejsi.

 

 

 

 

 

love icaro / miłosne zaklęcie

February 13th, 2014

I still hesitate to continue my ayahuasceros guide in this form, information and photos, as some things I would be writing here about will not be taken seriously by those who never experienced them, even if they were known to your grand-grand-grand mothers, for generations preparing magic love potions and spells, some of which may have helped to start the chain that made your life happen.

There is love magic, there are songs that can bind one person to another, a spell only other powerful magic can undo. Believe it or not, one day perhaps I will tell you a tale…

 

***

 

Wciąż waham się czy kontynuować mój przewodnik po ayahuaskowych szamanach w takiej formie, tekstu i zdjęć, bo część z rzeczy o których miałbym napisać wydadzą sie absurdalne i niewiarygodne tym, którzy ich nigdy nie doświadczyli, nawet jeżeli były znane ich pra-pra-prababciom, przez pokolenia przygotowującym miłosne wywary i zaklęcia, a niektóre z nich być może były początkiem łańcucha wydarzeń, który umożliwił wasze życie.

Istnieje magia miłosna, są pieśni które łączą jedną osobę z inna, zaklęcia które jedynie równie potężna magia może odczynić. Wierzcie lub nie, pewnego dnia opowiem wam historię…

 

 

 

 

 

The song below is Shipibo love icaro, magic chant for bringing a woman under spell of the one it is sung for.

 

 

Poniżej miłosne icaro śpiewane przez szamankę z plemienia Shipibo, w celu sprowadzenia oczarowania na kobietę pożądaną przez “pacjenta”.

 

 

 

magical act / akt magiczny

July 10th, 2013

 

 

 

 

 

If you really want something to happen, you should first decide what it is, make it clear to yourself, think about it, say it out loud. These are all important steps. But real magic is about acting. This is why hundreds of pilgrims coming to the sacred mountain during Qoyllur Riti gathering in Peru enact their dreams, on a small scale, but as serious about it as possible, performed carefully down to every single detail. Their future riches are represented by wads of fake dollars, for which small replica building tools will be bought, and used to build fake houses of rocks, on tiny pieces of  land bought on the mountain slope in a transaction registered with fake notary, to enjoy small scale luxury, complete with small scale car replicas parked outside. Finally, chances of realization of these dreams will be strengthened in the night by wax symbols of dream on the rocks behind church built in the place of ancient Inca huaca.  Let it happen !

 

***

 

Jeżeli naprawdę pragniesz aby coś się zdarzyło, najpierw powinieneś zdecydować co to jest, uświadomić sobie jak najwyraźniej, myśleć o tym, wreszcie wypowiedzieć głośno. To wszystko ważne kroki. Prawdziwa magia wiąże się jednak z działaniem. Dlatego właśnie setki z pielgrzymów, którzy docierają na świętą górę w czasie zgromadzenia Qoyllur Riti odgrywają swoje marzenia, w małej skali, ale tak poważnie jak tylko się da, wykonane najdokładniej co do najmniejszego szczegółu. Ich przyszłe bogactwa reprezentowane są przez pliki fałszywych dolarów, za które kupuje się małe repliki narzędzi budowlanych i malutkie działki ziemi na zboczach góry, w transakcji zarejestrowanej u fałszywego notariusza. Na ziemi tej staną domki i hotele z kamieni, a przed nimi małe repliki samochodów, symbole wzywanego sukcesu i zamożności. Wieczorem, dla wzmocnienia magicznego aktu, woskowe przedstawienia marzeń trafią też na skały i ściany kościoła zbudowanego w miejscu dawnej inkaskiej huaki. Niech się stanie !

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

blood magic / magia krwi

February 23rd, 2013

 

 

 

Strong contrast, strong light, strong emotions. My stoned mind watching women with faces smeared with blood while the companions in their procession ululate in the background in eerie voices that convey despair and hope. Blood from animals just slaughtered is put from the ritual knife on the forearms and forehead of the pilgrim/patient, while magical spells are cast. Prayer to God, and cries of demons. Six feet tall muscular negro man barking, groaning and shaking when the demon speaks through him. Photos of a distant relatives under the dead body of a cock, of sick daughter that could not come but is represented by a photograph that will carry the baraka home once the prayer is said and the animal dead and stiff. These are things you will not see on these photographs, but they were happening in front of my eyes. A lot would be hard to explain. Some is ambiguous, some so clearly resembles shamanic practices that can be observed all over the traditional world, which believes we share space with powerful spirits.

But I didn’t take photos, I savoured them being engraved in my mind, I looked with a greedy look of a voyeur, I celebrated that great feeling of unfullfilment for a photographer, of being in front of forbidden fruit that can not be consumed, can not be taken home, can not be used to build my ego, to impress others, look what amazing photos I took. I felt the magic was so much stronger thanks to this. I felt grateful to Berber pilgrims that care and protect their traditions, keep them from becoming merchandise in globalized world, where cultures are documented from every angle and put on a plate to bored John or Jacques in front of Discovery Channel or his National Geographic copy. I did not record, I did not create, but I experienced. I didn’t want to be a voyeur , image thief, and do it against their will, it was too strong to desacrate. I could ask permission from some people, I could try harder, I could perhaps do prints for them from this important event of their life, or even pay for allowing me to shoot, I could hire models and arrange that kind of ceremony, reconstruct it and make beautiful.

 

But does the end justify all means? How many great images of traditional cultures that we can see today are result of an answer “yes”, and how many were simply created without posing that question?
Or, am I simply looking for smart words to justify the failure?

There are many meanings to rituals happening here in a small room inside the temple, right next to a grave of Muslim saint. They fuse Islam and practice as old as mankind, animal sacrifice, exorcism, healing. But although the main principle, that blood is spilled in hope for human well being and happiness may be shocking to public in hypocritical factory farm fed modern world, one other thing seems to be so beautiful and meaningful, the concept that baraka, the blessing, comes from sharing. Because the idea is such – the ones seeking solution to their problems, answer to their questions, consolation, those who want to take blessing, they pay for chicken, mutton, goat, whichever they can afford, and have it slaughtered here in a ritual way. But they leave the meat, and it is distributed free to many poor pilgrims who come to this festival in honour  of Sufi saint from all over Morocco. Despite grim costumes, a deep meaning is present, rare thing.

 

 

***

 

Mocny kontrast, ostre światło, silne emocje. Mój zaczarowany majoun umysł przykuty jest do obrazu kobiet o twarzach smarowanych krwią, przy akompaniamencie wycia ich towarzyszek, nieludzkiej pieśni w której brzmi i desperacja i nadzieja. Krew ze zwierząt właśnie zarżniętych nakładana jest z ostrza rytualnego noża na przedramiona i czoła pielgrzymów/pacjentów, rzucane magiczne zaklęcia. Modlitwa do Boga i krzyki demonów. Dwumetrowy muskularny czarny ( tak pisało się w książkach przygodowych, przecież on czarny, do cholery ) szczeka, rzęzi, trzęsie się gdy przemawia przez niego demon. Zdjęcia odległych krewnych, z Marakeszu, czasem z Francji, czasem zza oceanu, pod martwym ciałem koguta, zdjęcia chorej córeczki co nie mogła przybyć ale reprezentuje ją fotografia, która poniesie baraka do domu, kiedy modlitwa zostanie już wypowiedziana a zwierzę martwe , sztywne, potem zjedzone. To wszystko rzeczy, jakich na poniższych zdjęciach nie zobaczycie, ale działy się przed moimi oczami. Wiele trudno by wytłumaczyć. Wiele dwuznaczności, lepiej żeby pozostało niewypowiedziane bo przerasta i słowa i piksele. Ale jasna jest przynależność do rodziny szamańskich praktyk jakie obserwować można w całym tradycyjnym świecie, który wierzy, że dzielimy przestrzeń z potężnymi duchami.

 

Ale nie robiłem zdjęć, czy też, jak trafniej brzmi to po angielsku, nie “zabierałem zdjęć”. Delektowałem się ich utrwalaniem w mojej pamięci, patrzałem chciwym wzrokiem podglądacza, celebrowałem to wspaniałe uczucie niespełnienia fotografa , bycia na wprost zakazanego wizualnego owocu, którego nie mogę skonsumować, zabrać do domu, użyć do budowania ego, do zadziwiania innych, “popatrzcie, jakie wspaniałe zdjęcia zrobiłem”. Czułem, że magia dzięki temu była o wiele silniejsza. Czułem wdzięczność dla berberyjskich pielgrzymów, którzy dbają i chronią swoje tradycje, przed staniem się towarem w zglobalizowanym świecie, gdzie kultury są dokumentowane pod każdym kątem, i wykładane na talerzu dla znudzonego Johna czy Jacka przed LCD z Discovery Channel czy kopią magazynu National Geographic. Nie nagrywałem, nie rejestrowałem, doświadczałem. Nie chciałem wtedy być podglądaczem, złodziejem obrazu, chociaż mógłbym próbować robić to dyskretnie, bez ich wiedzy, było to jednak zbyt święte i intymne, aby wtykać czarną lufę. Mogłem spróbować, mogłem być może zrobić im odbitki z tego ważnego momentu w ich życiu, być może nawet zapłacić za zgodę na fotografowanie, mogłem wynająć modeli, i zapłacić za zaaranżowanie tego rodzaju ceremonii, w dobrym świetle, zrekonstruować ją i uczynić piękną.

 

Ale czy cel uświęca wszystkie środki?  Jak wiele z wspaniałych obrazów tradycyjnych kultur, które możemu dziś oglądać są rezultatem odpowiedzi “tak”, a jak wiele po prostu zrobiono bez zadawania sobie tego pytania? A może po prostu szukam mądrego wytłumaczenia porażki?

Jest wiele znaczeń rytuałów, które działy się w tym małym pomieszczeniu wewnątrz świątyni, tuż obok grobu muzułmańskiego świętego. Łączy się tu islam i praktyki tak stare jak ludzkość, ofiara ze zwierzęcia, egzorcyzm, uzdrawianie. Ale pomimo tego, że główna zasada, iż krew jest przelewana w nadziei dobrobytu i szczęścia człowieka może być szokująca dla publiki w przesiąkniętym hipokryzją współczesnym świecie karmionym z farm-fabryk śmierci, jedna rzecz która wydaje się piękna i znacząca, to idea, że baraka, błogosławieństwo, pochodzi z dzielenia się. Ponieważ idea ta oznacza – ci którzy szukają rozwiązania swych problemów, odpowiedzi na swe pytania, pocieszenia, ci którzy chcą zabrać ze sobą błogosławieństwo, płacą za kurczaka, owcę, kozę, to, na co ich stać, i jest ona w ich imieniu zarzynana tutaj, w ramach rytuału. Ale mięso jest pozostawione i dzielone za darmo między ubogich pielgrzymów, jacy przybywają tu na festiwal ku czci sufickiego świętego z całego Maroka. Pomimo ponurych dekoracji, głębokie znaczenie jest tu obecne, prawdziwa rzadkość w świecie nadmiaru wydarzeń i deficytu znaczenia.

 

 

 

 

 

 

little ones / mali przyjaciele

September 29th, 2012

 

It happened in a parallel time, as they would call it before, “once upon a time, beyond seven mountains”.   // Zdarzyło się to gdzieś w czasie równoległym, albo jak zwano go kiedyś, “dawno, dawno temu, za siódmą górą”.

 

 

 

From earth, fire, water and air they were born. / Zrodzeni z ziemi, ognia, powietrza i wody.

 

 

Sons of the thunder, offspring of storm. / Synkowie gromu, potomstwo burzy.

 

 

 

***

 

 

 

 

***

 

 

 

 

 

 

Proudly powered by WordPress. Theme developed with WordPress Theme Generator.
Copyright © światosław / tales from the world. All rights reserved.