światosław / tales from the world

Niekoniecznie zgadzając się ze wszystkimi stwierdzeniami poniższego tekstu autorstwa księdza Agreda, zdecydowałem, iż warto go przetłumaczyć, bo dotrzeć może do środowisk raczej niechętnych odmiennym stanom świadomości i psychoaktywnym roślinom, postrzegających je jako rozrywkę i ucieczkę. Poniższe świadectwo przemiany, które zamiast zamienić statecznego księdza w zdegenerowanego narkomana, uczyniła z wątpiącego chrześcijanina człowieka jeszcze głębszej wiary, może pomóc zobaczyć temat w nieco innym świetle.

 

 

 

 

Wiara i Ayahuasca


(Jak mówić o mojej wierze w Boga od czasu mojego doświadczenia z roślinami leczniczymi)


Ojciec Cristian Alejandría Ágreda
Ksiądz katolicki, pasterz w Centrum Takiwasi, Tarapoto w Peru

 

 

Co nieco strachu

 
 

Trochę boję się tego, co zostanie powiedziane, biorąc pod uwagę, że Kościół zawsze cehował dystans i pewna podejrzliwość w kwestiach szamanizmu, czarów i sposobów jakimi można pracować z roślinami. Spędzając czas z tradycyjnymi uzdrowicielami lub współpracując z ludźmi, którzy pracują z roślinami, zadawałem sobie pytanie: “Co powie biskup? W jaki sposób bracia w kapłaństwie zareagują, gdy dowiedzą się, że zaakceptowałem ten proces? ” Cóż, otrzymałem wiele odpowiedzi na te wewnętrzne pytania. Po pierwsze, był to biskup, niech spoczywa w pokoju, który poprosił mnie, abym przyszedł w jego imieniu i udzielił duchowej posługi w Centrum Takiwasi.

Chętnie przyjąłem szanse na pracę kapłańską i pracę jako pastor

w ramach tych systemów uzdrawiania i leczenia.
Aby zrozumieć doświadczenie pacjentów, zauważyłem, że niezbędnym było doświadczyć tego, co robią oni, czyli również wypić wywar z przeczyszczających roślin i rozpocząć proces, jaki miał doprowadzić do wypicia rośliny – nauczyciela – ayahuaski.

Musiałem to zaakceptować by uzyskać dostęp do odpowiedzi na wiele pytań, które pacjenci mogliby mi zadać i do wszystkiego, co chcieliby wyjaśnić na temat swych żyć.

 

 

 

Ciąg dalszy o mojej wolności podejmowania decyzji.

 

 

Kiedy rozpocząłem picie roślin, rozmawiałem o tym z biskupem i uzyskałem jego wsparcie. Jego odpowiedź była bardzo jasna : “Jeżeli to, co robisz i czego szukasz z roślinami w Takiwasi, jest w celu osiągnięcia celu zbawienia dusz, i jeżeli to pomaga ci także rozjaśnić pewne sprawy, możesz liczyć na moje poparcie, postępujesz dobrze.” Taka była jego odpowiedź. Ten pierwszy kontakt miał miejsce w 2003 roku.

 

Wkrótce sam musiałem zmierzyć się ze swoimi sprawami osobistymi. Brzemię moich problemów sprawiło, iż przeżyłem bardzo mroczne chwile, kiedy być może rzeczy straciły swoje znaczenie, wliczając to moje powołanie jako księdza. Usłyszałem zaproszenie od doktora Jacques Mabit. Nie tylko przyjąłem ofertę pracy zajmowania się jego pacjentami, ale i pracy przyjrzenia się i konfrontowania z własnymi problemami. To był mój pierwszy krok w stronę zrealizowania mojej wiary w Boga poprzez Matkę Naturę. Było przy nim niezbędnym, aby podejmowac decyzję jako osoba wolna. Z racji tego, że biskup zatwierdził i zaakceptował pracę jaką wykonywałem, moja świadomość otwarła się i przemówiła do mnie : “Witam, dobry wybór” a ja odparłem, “Jestem wolny.” Wolność leży w robieniu tego, co kieruje mnie w stronę dobrego, dobrego dla innych a także dobrego dla mnie samego.

 

Pierwsze kroki z roślinami

 

Podjąłem decyzję by wypić rośliny, choć nie było to łatwe, bo obecny był stale strach, bardzo zły strach. Istnieje naturalny strach, i jest czymś normalnym, to taki, który ostrzega cię byś na siebie uważał. Ale zły strach to taki, który generuje postawę podległości, coś, co przeszkadza nam w robieniu rzeczy, jakie powinniśmy zrobić. W tych pierwszych spotkaniach z rośliną zacząłem rozumieć, że ten strach niepokoił mnie, tak bym nie wszedł do świata jaki był mi nieznany. Poprosiłem o pomoc Boga i Dziewicę Maryję, użyłem wszystkiego co nauczyłem się jako kapłan od swojej Matki Kościoła, i rozpoczęłem pierwszą sesję.

 

Była wspaniała. Od początku czułem się dobrze przyjęty, tak jakby ktoś mnie oczekiwał. Kobiecy głos mówił mi “witaj, jesteś w domu, to jest twoje miejsce, tu gdzie żyjesz”. Chociaż początkowo nie rozumiałem, zaczęło do mnie docierać, że jestem częścią natury, że docierałem do mojego pochodzenia, gdzie rodzi się moja fizyczna postać, gdzie leży oddech Boga. I tak zaczęło się we mnie budzić zaufanie, zaufanie w ten głos i zaufanie w moją wiarę. Miałem uczucie jakby Bóg wszystko aprobował, jak gdyby gratulując mi. I zobaczyłem wówczas dobrą stronę, wszystko piękne i wspaniałe. Kiedy sesja zakończyła się, byłem pod wielkim wrażeniem. Dobra decyzja.

 

Ale już podczas drugiej rozpoczęliśmy wchodzenie w “ciemną stronę”, i zdałem sobie sprawę, że pierwsza sesja była wzmocnieniem fundamentu, to znaczy wiary i zaufania, w celu wkroczenia na stronę jakiej nigdy wcześniej nie znałem. Było to doświadczenie pełne emocji, ujrzeć samego siebie zabranego na tą ciemną stronę, i móc powiedzieć t,o co mówię dziś z całą pewnością: “ujrzałem twarz diabła ( Szatana )”, ponieważ to jest właśnie diabeł, to ciemność, to ciemność naszej igorancji, tego jak mało wiemy o swojej przeszłości, o historii, o wszystkim czego się dobrze nie nauczyliśmy, wliczając w to samą wiarę. Wypływają cały bałagan i cała niespójność naszego wewnętrznego pomieszania co do tego co duchowe i przyziemne, to co źle zrozumieliśmy i nie nauczyliśmy się poprawnie. W taki właśnie sposób zrozumiałem życie ! Na tym pierwszym etapie to był kompletny bałagan, jak rozrzucone puzzle, gdzie wszystko wydawało się mieć swoją twarz, każda część zła miała diaboliczne oblicze. Najbardziej przerażającą rzeczą jaką dane mi było zobaczyć była twarz Szatana. Poczułem nawet, że przybliżył się i dotknął mnie, pachnąc siarką, i że był przy moim boku. Towarzyszył mi potem przy kilkunastu sesjach, około dziesięciu, podczas gdy byłem leczony i rozwijałem się, nie tylko jako osoba ale także jako kapłan.  Tak zrozumiałem że Bóg zlecił tej tajemniczej roślinie aby ukazała mi całą Jego moc, i zdolności, i by przeszły przeze mnie jako księdza. Jestem bowiem osobą, jaka od dzieciństwa marzyła o zostaniu księdzem, i był taki czas, że cierpiałem wiele aby zrealizować to powołanie. Bóg chciał bym znalazł się w miejscu o jakim zawsze marzyłem.

 

Pozostałe doświadczenia to bitwa za bitwą, kiedy roślina szykowała sytuację, i czekała na moją akceptację. W taki sposób zacząłem rozumieć, iż moje poddanie, mój udział zależały kompletnie ode mnie, i że dotyczyło to nie tylko sesji z ayahuaską,. ale w prawdziwym życiu. Zrozumiałem to, co Jezus powiedział do sparaliżowanego w Ewangelii – “Mówię ci, wstań, weź swoją matę i idź do domu”. Bóg wskazuje na rozwiązanie,  lekko popycha, a każda osoba musi wykonać swoją część, ponieść się i iść, zrobić to, co mają zrobić.  Tak stopniowo zrozumiałem, że to było moje uczestnictwo, że każda bitwa w której zaakceptowałem zło była przegrana, że krok po kroku widziałem, iż dobro zawsze zwycięża.

 

Widziałem też w tych bitwach ukrzyżowanego Jezusa. W pewnej chwili mojego ramienia dotknął krzyż, i przez sekundę mogłem zobaczyć wizję tego, co krzyż symbolizował, całą wagę ludzkiej historii, wszystkie wojny, przelotną wizję której nie mogłem unieść. To nie była zła wizja, pochodziła od Boga, ale było czymś nie do zniesienia, gdy w jednej chwili surowe obrazy całej historii świata i jego konfliktów wykreowały atmosferę śmierci. Mądry głos, nie wiem czy to mojego sumienia, wiary czy też rośliny, powiedział mi ” Jesteś kapłanem i to jest ścieżka, która na ciebie czeka.” Wkrótce po tym doświadczeniu mogłem stwierdzić : “To własnie w tym celu się narodziłem, to było moje marzenie i teraz widze je z większą jasnością, i akceptuję z przyjemnością…”. Kiedy to wypowiedziałem, mogłem ujrzeć Lucyfera poza krzyżem, przykutego w piekle. To przypomina mi księgę Apokalipsy, gdzie diabeł jest już pokonany, razem ze swoimi wyznawcami, tylko czekając na czas kiedy Bóg wymierzy swoją sprawiedliwość.

 

Zdałem sobię sprawę, po pokonaniu moich najbardziej osobistych problemów, że inne sesje były tylko ścieżką treningową. Uczyłem się i poznawałem przewagę zła nad dobrem, do czego zdolne są wiara i zaufanie, do czego zdolny jest Bóg. W ignorancji naszych umysłów diabeł jest w stanie przekonać nas o swej niezwyciężonej sile, ale jak mówi święty Paweł, “Gdzie wiele jest grzechu, wiele jest łaski”, to znaczy, nawet jeżeli prawdą jest, że szatan ma wielką moc, to jest moc ograniczona, a moc Boga nie.  Czym jest więc ona w obliczu Bożej siły? “Nie zapominaj”, powiedziano mi “że jesteś częścią stworzenia”. Zobaczyłem szatana przy moim boku czekającego na moment słabości, i powiedziałem mu “Masz władzę nade mną, ale nie nad Bogiem. Od teraz będziesz musiał walczyć z moją wiarą. Nie zacznę tej wojny. Ale walczyć będziesz musiał nie tylko z moją wiarą ale ze wszystkimi osobami, jakie przejdą przeze mnie.”

 

Od tego momentu, na ścieżce dobra, głos mówił do mnie, kojący głos, miękko rzecząc “Powinieneś poznać trzech nauczycieli, pokorę, cierpliwość, zaufanie, aby lepiej uczyć się i lepiej bronić przed całym złem.”

 

Człowiek potrzebuje

- być pokornym wobec ego, dumy, zarozumiałości

- mieć cierpliwość wobec arogancji i postaw dominacji

- być pełnym zaufania w obliczu strachu

 

Powiedziałem do siebie “Jestem tym, który potrzebuje tego wszystkiego, ponieważ muszę wyzdrowieć. Co mi przyjdzie z opiekowania się innymi, którzy tego potrzebują, jeżeli jestem sam w pierwszej kolejności w potrzebie?” Głos odpowiedział “To prawda, otrzymasz to. To będą twoi nauczyciele, czas przyniesie dowody, krok po kroku, a także Bóg”. Diabeł robi co chce, ponieważ wierzymy mu, wierzymy Kłamcy, ale kiedy przestaniemy, a zaczniemy wierzyć w Boga, szatan nic nam nie zrobi.

 

Zrozumienie głębi mojego powołania

 

Aby być kapłanem, wcześniej trzeba być chrześcijaninem, bo kapłaństwo jest jedynie służebną funkcją w imię Chrystusa dla świata – ale na osobistym poziomie jestem przede wszystkim chrześcijaninem. Osobiste doświadczenie z roślinami wywarło na mnie wrażenie, bo jest jedną rzeczą wysłuchać czyiś argumentów czy jego filozofii, a czym innym przeżyć to i poczuć. Podczas sesji ayahauska powiedziała mi : “Zasada numer jeden, nie próbuj za wiele zrozumieć, ale raczej poczuj, bo to co poczute, jest przeżyte, a to co przeżyłeś, możesz głosić innym”. To właśnie zawsze chciałem zrozumieć – dlaczego jest tak wiele gadania o Bogu, o miłości, o wybaczaniu, jeżeli jest to wszystko tak szybko zapominane, i wszystko robione na odwrót? Teraz rozumiem, sedno leży nie w “gadaniu” ale w “czuciu”, a później w utwierdzaniu, wcielaniu w życie, to najważniejsza rzecz.

 

Aby być księdzem, musisz odkryć powołanie kapłańskie, ponieważ to nie ja jestem kapłanem, Jezus Chrystus jest jedynym wielkim Kapłanem. Muszę nauczyć się, że jako ksiądz jestem zaproszony przez Ojca, w bardzo szczególny sposób, aby wykonywać jego zadanie. Tak zobaczyłem eucharystię, sakrament, który nie pochodził z moich rąk, ale z rąk Jezusa Chrystusa. Potem ujrzałem siebie ubranego w białe szaty, i zrozumiałem, że Jezus używa mojego ciała jako instrumentu. Używa mojej wiedzy, i tego czego się uczyłem, tak odkrywałem stopniowo wagę tego specjalnego powołania.

 

Prawdziwe trudności rozpoczęły się dla mnie później, po tych wyjaśnieniach. Zrozumiałem, iż problem polegał na tym, że kiedy stanąłem przed tym wielkim i szlachetnym zadaniem, wszystkie złe nawyki z mojej przeszłości pojawiły się znowu. “I jak ja mam to wszystko zmienić?”, zapytałem. Zrozumiałem konsekwencje mojej decyzji, ale pomimo wszystko musiałem kontynuować to, na co się zdecydowałem, mój wybór w stronę Boga, i to było wszystko. Czułem, iż przemawia do mnie zaufanie. Strach zaczął znikać. Przechodziły mnie dreszcze, skóra pokryła się gęsią skórką, a nawet poczułem włosie na niej, i że to ja byłem diabłem. Stałem się świadomy tego, że musiałem sam się nauczyć, pracować nad osobistym rozwojem. Zacząłem więc akceptować i uczyć się, jak pozbywać się tego co złe, strachów, ignorancji, nieznanego, wątpliwości, fałszywych wierzeń… Pozbywałem się pomieszania, nawet tego odnośnie różnicy między uzdrowicielami a czarownikami. Pomyślałem “jak mogę to wszystko akceptować, jeżeli jest to czarna magia?”. Potem rozwiązałem te wątpliwości, nauczyłem się jak rozróżniać. Rośliny nauczyciele rozwiały moje wątpliwości, ponieważ społeczeństwo musi wiedzieć, co ta różnica oznacza. Ostatecznie roślina pokazała mi, że ścieżka uzdrowiciela jest właściwa, słuszna, to droga uzdrowienia, oczyszczenia, nauki. Rośliny leczą, ale potrzebują pomocy od osoby która im służy, to znaczy uzdrowiciela. Czarownik, z drugiej strony, niszczy moc roślin, w celu czynienia zła, szkody, zwodzenia, podporządkowania, zmieszania.

 

Podczas jednej z sesji ujrzałem doktora Jacques przemieniającego się w roślinę, w ayahuaskę, i ujrzałem Jezusa Chrystusa używającego tejże rośliny. Pomyślałem ” Doktor Jacques transformował się w roślinę, i ta sama roślina jest w rękach Jezusa, to znaczy iż jest to boże lekarstwo”. A Bóg rzekł mi “On jest moim instrumentem, tak jak ty nim jesteś, jako duchowy uzdrowiciel”. Prawdziwą medycyną jest Jezus Chrystus, i kiedy przychodzi czas sesji to własnie on wykonuje swą pracę poprzez uzdrowiciela i ayahuaskę. To dlatego przychodzą tu demony. Głos podczas sesji powiedział mi : “Tak, Bóg chce by człowiek był zbawiony, to zależy od niego” ; “to zależy ode mnie” – powiedziałem – “pracuj przeze mnie, nie przez nich samych”.

 

Postrzegałem każdą sesję ayahuaski jako klasę w szkole, i na każdych zajęciach, kiedy mówiłem o sobie, kiedy pytałem o pracę jaką mam wykonać, było można zauważyć coraz więcej aprobaty. Dlatego właśnie mogę powiedzieć, że leczenie i nauczanie działo się równolegle, szkolenie jak rozwiązywać te problemy, teraz moge je dostrzegać, ponieważ sam poznałem prawdę.

 

 

Leczenie i błogosławieństwo

 

 

Na innym etapie zostałem poinformowany, że prawdziwi uzdrawiający podczas sesji, o czym mowa w tekstach niektórych świętych pieśni, tzw “ikaros”, to Jezus i Dziewica Maryja. Znajdziesz ich oboje w ceremonii, chociaż w moim wypadku nie widziałem Maryi, ale czułem jej obecność w sesjach w jakich miałem okazję uczestniczyć. Od tego czasu najpiękniejszą rzeczą jaką zacząłem czuć i przeżywać jest moja wewnętrzna rzeczywistość, w sposób bardziej przejrzysty i jasny, świadomy, iż muszę być szczery wobec samego siebie, transparentny w mych uczuciach, myśleniu, byciu i mowie. Świadomy, iż Jezus włożył swojego ducha w me dłonie, co wywarło na mnie duże wrażenie. Zrozumiałem także, że między leczeniem a błogosławieństwem jest duże podobieństwo, ale nie są one identyczne. Nie są identyczne dlatego, że sesja jest związana z leczeniem / uzdrawianiem za pomocą roślin, podczas gdy poza sesją boska łaska jest otrzymywana bezpośrednio z kapłańskiego błogosławieństwa. W skrócie, w obu wypadkach działanie jest takie same, ale z innym “smakiem” i w ostateczności wszystko pochodzi od Niego. Zrozumiałem, że Bóg ma do dyspozycji wszystkie sposoby aby dotrzeć do ludzi, i wiele źródeł. Głównym jest Kościół i jego sakramenty, słowo boże, i to bez wątpienia nie uległo zmianie.  Jednakże powyższe nie oznacza, że są one jedynymi źródłami łaski, jest ich o wiele więcej. To nie religia czyni człowieka dobrym, ale jego zaangażowanie, szczerość, transparentność, jego chęć zmiany i czynienia dobra. I oczywiście dobry nie miesza się w żadnym stopniu ze złem, bo wtedy przestaje nim być. Bóg jest w zasięgu wszystkich, każdej osoby,  i mogłem jasno zrozumieć co znaczą słowa “Bóg chce aby każdy był zbawiony”, i boli mnie kiedy słyszę”Chce aby każdy każdy był zbawiony, ale nie każdy chce być zbawionym”. Ale od tego tutaj jesteśmy, aby przebudzać sumienia, przemawiać do nich, sprawiać by zrozumiały, dzięki naszemu przykładowi i życiu. Chciałbym aby było prawdą, bym mógł twierdzić “Wszyscy, którzy są przy moim boku, poznają jak odnaleźć Boga”.

 

Roślina dokonała mojego uzdrowienia i błogosławieństwa na trzy sposoby : jako uzdrowiciel, doktor i nauczyciel. Śmiem nazwać roślinę “mym uzdrowicielem”. Kiedy ją piję, wiem, że jest to uzdrowiciel, którego witam w swoim ciele, wiem z kim jestem, z moim uzdrowicielem. Jest nim, ponieważ oczyszcza ciało, umysł, oczyszcza czarną magię, oczyszcza wszystko. Jest także doktorem, ponieważ dokonuje “chirurgicznej operacji”, operuje chore serce, mózg… Ponadto, działa jako nauczyciel w sesji, jak wspomniałem uprzednio. Takie są trzy role rośliny – mistrza, i aby w taki sposób mogła zadziałać, jest ważnym by pacjent zainwestował swą jak największą wiarę, zaufanie i koncentrację, kiedy przystępuje do sesji, i by pozwolił jej wykonać swą robotę. Miałem jasne i precyzyjne uczucie rozpoznania tychże trzech funkcji. Tak samo jak w prawdziwym życiu łaska boża pomaga mi podążać do przodu, by poznać światło i obronić się od zła wszelkiego, tak w sesji to rośliny są dla mnie świętą medycyną.

 

Na koniec, jeżeli miałbym w jednym określeniu zawrzeć to, co było moją pracą w Centrum Takiwasi na przestrzeni lat, byłoby to “Boży uzdrowiciel duchowy”.

 

[ tłumaczenie :  Światosław Wojtkowiak ]

 

 

 

 

Faith and Ayahuasca


(How to speak of my faith in God since my experience with medicinal plants)

 

Father Cristian Alejandría Ágreda

Catholic Priest, Pastoral Guidance at the Takiwasi Center, Tarapoto, Peru

 

A bit of fear
 
 

I am a little afraid of what will be said given that the Church has always been reserved and somewhat suspicious on the topics of shamanism, witchcraft and the way the work with the plants can be managed. While spending time with the traditional healers or associating with people who work with the plants I asked myself, “What will the Bishop say? How will my brothers in the priesthood react when they learn I’ve accepted this process?” Well, I received many answers to these inner questions. First of all, it was the Bishop, may he rest in peace, who asked me to come in his name, and to give spiritual services at the Takiwasi Center. I gladly accepted the chance to do my priestly labor and work as pastor within these systems of healing and curing.

In order to understand the patients’ experience, I saw that it was necessary to experience what they were doing, that is, drinking purgatives and beginning the process until getting to the master plant Ayahuasca. I had to accept this in order to, from then on, have answers for the many questions the patients would have and everything they wanted to clarify about their lives.

 

Counting on my freedom to make decisions

 

Once I had begun drinking the plants I spoke to the Bishop about what I had done and he gave me his support. His response was very clear. “If what you are doing and seeking with the plants at Takiwasi is to achieve the goal of saving souls, and if this also helps to clarify things for you, you can count on my authorization, you have proceeded well”. That was his response. This first contact was in 2003.

Soon I had to address my personal affairs. The pressure of my problems had me live through some very dark moments where perhaps things had lost their meaning, including the meaning of my vocation as priest. I heard Dr. Jacques Mabit’s invitation. Not only did I accept the job of attending to the patients, but also the work of facing my own problems and confronting them. This was my first step towards addressing my faith in God through Mother Nature. It was essential to make decisions counting on my freedom. Given that the Bishop had approved and accepted the work I was doing, my consciousness opened up and said to me, “Welcome, good choice”, and I said, “I am free”. Freedom lies in doing what aligns me towards good, the good for others and also the good for my own benefit.

 

 

First steps with the plants

 

I had made the decision to drink the plants, even though it was not easy because there was always fear, a malevolent fear. There is a natural fear that is normal, the one that warns you to look after yourself. But malevolent fear is any type of threat that generates an attitude of submission, a sort of impediment preventing us from doing the things we are supposed to do. In these first encounters with the plant I began to understand that the fear was threatening me so I would not enter into a world I was not familiar with. I asked for help from God and the Virgin Mary, I used everything I had learned as a priest from my Holy Mother Church, and began the first session.

This first session was excellent. From the beginning I felt well received, as if someone had welcomed me. A female voice was telling me “Welcome, you are in your home, this is your place, where you live.” Even though initially I did not understand, I began to comprehend that I am part of nature, that I was arriving at my origin, where my physical presence is born, where the breath of God lies. And so trust began awakening in me, trust in that voice and trust in me, trust in my faith. And I had the feeling that God was approving everything, as if congratulating me. And so I saw the good side, everything beautiful and lovely. When the session finished I was very impressed. Right decision.

But already by the second session we began entering the “dark side”, and I came to realize that the first session was a reinforcement of the bases, those being faith and trust, in order to cross into the side I had never before known. It was an emotional experience to see myself taken to that dark side and to say what I can say today in all certainty, “I saw the face of the devil (Satan)”, because that is the devil, it is the darkness, the darkness of our ignorance, of the little we know about our past, of our history, of everything we have not learned well, including faith itself. All the mess and all the incoherence of our inner mix ups between the spiritual and the mundane appear; what we have misunderstood and not learned well. This was the way in which I had come to understand life! In this first level, I was a complete mess, like a disassembled jigsaw puzzle where everything appeared with its own face, where every evil part had a diabolic face. The most horrible thing I could come to know was the face of Satan, in person. I even felt that he came and touched me, smelling of sulfur, and that he was by my side. He then accompanied me in several sessions, about ten sessions, while I was being healed and developing, not only as a person, but also as a priest. This was how I realized that God commissioned this mysterious plant to show me all His power and ability and that it passed through me as a priest. For I am a person who from childhood dreamed of being a priest, and there was a time when I suffered a lot to achieve this vocation. God wanted me to find myself in the place I had always dreamed of.

The remaining experiences were battles after battles, where the plant always set the scene and then waited for my acceptance. This way I began to understand that my surrender, my participation, depended totally on me, and this applied not only in sessions with ayahuasca but in real life. I understood what Jesus says to the paralytic in the Gospel, “I tell you, get up, take your mat and go home.” God indicates the solution, gives the initial push and every person has to do their part, get up and walk, do what they have to do. And so I gradually understood that this was my participation, that every battle where I accepted evil I’d lose, and little by little I was seeing that good always wins.

I could also see Jesus crucified in those battles. At one moment the cross touched my shoulder and in a second I could see a vision of what that cross symbolized, the full weight of human history, all the wars, a fleeting vision that I could not bear. It was not an evil vision, instead it came from God, but it was something intolerable where in an instant the crude images of the whole history of the world and its conflicts created an atmosphere of death. A wise voice, I do not know whether of my conscience, faith or the plant, told me: “You are a priest and this is the path that awaits you.” Soon after this experience I was able to say: “This is what I was born for, this was my dream and now I see it with more clarity and I accept with pleasure”. When I said that, I could see Lucifer behind the cross, chained to hell. This reminds me of the Apocalypse where the devil is already subdued with his followers, just waiting for the time when God will do justice.

I realized after having overcome my most personal problems that the other sessions were a training path. I was learning and understanding the virtue of good over evil, what faith and trust are capable of, and what God is capable of. In our ignorant minds, the devil makes us believe in his indomitable strength, but as St. Paul says: “Where sin abounds grace abounds”, that is, that while it may be true that the devil has great power, it is limited power, and God’s power is infinite. What is that, against God? “And do not forget,” I was told “that you are a creation.” I could see the devil by my side waiting for a moment of weakness and I said to him, “You have power over me, but not over God; from now on you will have to fight against my faith. I’m not going to start a war with you. And you will not only have to fight against my faith but against that of all the people who will pass through my office and through my hands, take note. ”

From there, through the path of goodness, a little voice spoke to me, a soothing voice that said very softly “You need to know three teachers, humility, patience and trust2, to better learn and to better defend yourself against all this evil.”

Man needs:
. to be humble in the face of ego, pride and selfishness,
. to have patience in the face of arrogance and authoritative attitudes, . to be filled with confidence in the face of fear.

I said to myself “I am the one who needs all this, because I need to be well. What good is it for me to take care of others who need this if I am the first one who needs this?” The voice answered, “That’s right, you’re getting it.” It said, “They will be your teachers, time will prove this for you little by little and so will God.” The devil does what he wants because we believe him, we believe the Liar, but failing to believe in him and believing in God, he can do nothing against us.

 

Understanding the depth of my vocation

 

To be a priest first one has to be Christian, because the priesthood is simply a ministerial function in the name of Christ for the world – but on a personal level I am above all, a Christian. The personal experience with the plants left an impression on me, because it is one thing to hear arguments in defense of or a demonstration of one’s philosophy, but it is another thing to see it, to live it and to feel it. Once in a session I was told through Ayahuasca: “Rule number one, do not try too much to understand, but wait to feel, because what is felt is lived, and what you live can be preached.” That’s what I always wanted to understand: why is there so much talk of God, of love, of forgiveness, when it is forgotten so quickly and then everything is done backwards? Now I understand, the issue is not in “talking” but in “feeling” and then cementing it, living it, this is the most important thing.

To be a priest you must discover the vocation of the priesthood, because it is not me who is the priest, Jesus Christ is the one and only great Priest. I have to learn that as a priest I am invited by the Father, in a very special way, to do his work. This is how I saw the Eucharist, the sacrament that did not come from my hands but from the hands of Jesus Christ. Then I saw myself dressed in the white robe and I understood that Jesus Christ uses my body as an instrument. He uses my knowledge and what I have been learning; thus the greatness of this special vocation was gradually discovered.

Really the difficulty started there for me, after those clarifications. I realized the problem I had gotten myself into when faced with this high and noble role, all my bad habits of the past appeared. “And how am I going to change all this?” I asked. I had just realized the consequences of my decision but nonetheless I had to keep on going with what I had chosen, my choice towards God, and that would be all. Here I felt that trust was speaking to me. The fear began to go away. My skin shivered and I had goosebumps, I even felt hairy and that I was the devil. I became aware that I had to teach myself, to undertake a personal development. So I began to accept and learn how to let go of all the evil, the fears, the ignorance, the unknown, the doubts, the false beliefs… I was removing all the confusion, even the one I had between healers and sorcerers. I had thought “how can I accept all this if it is witchcraft?”. There I clarified these doubts and learned how to differentiate “healer” from “sorcerer”. The master plant cleared my doubts because society has to know what each one means. In the end what the plant transmitted to me was that the path of the healer is adequate, it is the path of healing, cleansing, and teaching. Plants cure but need help from the person who is at their service: that is the healer. The sorcerer on the other hand destroys the power of plants to do evil, to harm, to deceive, to subdue, to confuse.

Once in a session I saw Dr. Jacques turn into a plant, into Ayahuasca, and I saw Jesus Christ use that plant to make a preparation. I thought: “Dr. Jacques has transformed into a plant and that same plant is in the hands of Jesus Christ; that is, it is the medicine of God “. And God told me “He is my instrument, as you are my instrument, as a spiritual healer”. The true medicine is Jesus Christ and when it’s time for the session it is Jesus Christ who does his work through the healer and Ayahuasca. That’s why demons come out here. The voice during the session told me “Yes, God wants the man to be saved, it depends on him”; “It’s up to me,” – I said – “Work through me, not through them themselves.”

I saw every session of Ayahuasca like a classroom, classes at a school, and in every class when I spoke about me, when I asked for the work to be for me, it was noticeable that there was more approval. It is because of this that I can say that curing and teaching happened together, a training on how to respond to these concerns: now I can hear them because I know what truth there is in all of this.

 

Curing and blessing

 

At another stage, I was informed that the true healers within the session, as some of the sacred songs or “ikaros”3 say, are Jesus Christ and the Virgin Mary. There you find both, although I did not see the Virgin Mary, I felt her in the sessions in which I participated. Since then, the most beautiful thing I have begun to feel and live is my inner reality in a clearer and more transparent way, conscious that I must be sincere with myself, transparent in feelings, thinking, manner and speech. Aware that Jesus Christ has put His spirit in my hands, which for me was an impressive act. I also understood that between curing and blessing there is a great similarity, but they are not identical. They are not identical in the sense that the session is about healing/curing through plants, while outside the session God’s grace is received directly from the priest’s blessing. In short, in both the action is the same, but with a different “flavour”, and in the end everything comes from Him. I could understand that God has all the means to reach men and has many sources. The main one is the Church and its sacraments, the word of God, and undoubtedly that is not changed because it is well placed. However, this does not mean that they are the only sources of grace, there are many more. It is not religion that makes a man good, but his commitment, his sincerity, his transparency, his desire to change and to do good. And of course, good does not mix with evil in the least, because then it ceases to be. God is within the reach of all, of any person, and I could clearly understand what is meant by “God wants everyone to be saved” and it pains me to hear that “He wants everyone to be saved, but not everyone wants to be saved.” But that’s what we’re here for, to awaken consciences, to speak to them and make them understand with our example and life. I would like it to be true to uphold that “All who are by my side will know how to find God”.

The plant put my curing and blessing into effect in three ways: as a healer, a doctor and a teacher. I dared to call the plant “my healer”. When I drink it I know it is a curer which I welcome into my body, I know who I am with, with my healer. It is a curer because it cleanses the body, the mind, cleanses witchcraft, cleanses everything. It is also a doctor because it does “surgical intervention”, operates the diseased heart, the malformed brain… In addition, it acts as a teacher in the session, as I mentioned previously. Those are the three functions of the master plant and for it to act as such it is important that the patient place on it their greatest faith, confidence and concentration when entering a session, and to let it do it ́s work. I had the clear and precise feeling of recognizing it in its three functions. Just like in real life how the grace of God helps me to get ahead, to know the light and to defend myself from all evils, also within the sessions the plants are sacred medicines to me.

Finally, if I could define in one phrase what has been my work within the Takiwasi Center throughout the years, I would summarize it in this way: “God’s Spiritual Healer”.

 

[ English translation from Spanish original by Valeria Paz Villegas ]

 

judge not / nie sądzę

September 4th, 2017

but feel I try / lecz czuć próbuję

 

 

 

 

 

grounded / halo ziemia

August 17th, 2017

The further you want to go, the stronger should be the rope anchoring you in your foundations. These foundations are daily life, being in the world, which is testimony for the the thing you claim to be medicine. If you loose the grip on reality, you loose ability to check what is happening to you in relation to the world, you may commit the sacrilege towards what you say you love – because for those who only wait for you to fall, you will be best example of the joke these claims to healings are. When you strive to open your third eye, be careful that light you seek does not blind you, because the trick is to know maya, and to embrace it, not deny, with eyes fixed on seeing the invisible. Love dunya, praise the world.

 

 

Im dalej chcesz podróżować, tym silniejsza powinna być lina kotwicząca cię w twych fundamentach. Są nimi codzienne życie, bycie w świecie, które stanowi świadectwo na rzecz tego, co, jak twierdzisz, jest medycyną. Jeżeli tracisz kontakt z rzeczywistością, tracisz zdolność zweryfikowania tego co dzieje się na styku ciebie i świata, możesz popełnić wówczas świętokradztwo, wobec tego co rzekomo kochasz i szanujesz. Bo dla tych, którzy tylko czekają byś upadł, będziesz najlepszym przykładem dowcipu, jakim jest to rzekome leczenie. Kiedy więc napinasz się by otworzyć trzecie oko, uważaj by światło, jakiego szukasz nie oślepiło cię, bo cały trick to rozpoznać mayę, i ją zaakceptować, nie wypierać, z oczami wypatrującymi czegoś poza. Kochaj dunye, sław świat.

 

 

 

 

 

 

Being ungrounded is in my opinion the most common threat from indiscriminate, chaotic psychedelic use. Illusions of grandeur or contrary, fear and paranoia, conspiracy theories, make believe new age spirituality, fantasies about talking with plant spirits while avoiding engaging with personal issues or own family, all this is common among ever increasing numbers of those, who in the age of internet got used to conviction that all opinions and truths are equal, that all being one means = whatever. If there was nothing they considered of value in their life before, it is very quick and common process to proceed from the experience of “awakening”, to ego inflation, to missionary attitudes, to Don Quixote fighting reptilians, chemtrails, and in the process making fool of himself. In this chapter he will wear Shipibo shirt and Indian feather crown, but he is still a guide in what to be watching out for.

Traditional shamans don’t lose their head in clouds, and to do so they engage in real life, have normal activities, often get dirty. Be like them, instead of dealing with reptilians, maybe learn to milk a cow?

I may cherish my own taste and the fact I am not wearing Indian feather crown and chasing exotic gurus, but I would not be honest – and perhaps wouldn’t dare to preach the words above if I were not myself – at times at least – the guy in Shipibo shirt who does not have a clue how to milk a cow.

 

 

Brak ukorzenienia to w mojej opinii najczęstsze zagrożenie płynące z niekontrolowanego, chaotycznego używania psychodelików, nawet jeśli dzieje się to pod szyldem ceremonii, w oparach palo santo i dźwiękach mantr. Iluzje wielkości, zwłaszcza na początku częsta ekstaza i fanatyzm neofitów, albo na odwrót, strach i paranoja, teorie spiskowe, patchworkowa duchowość new age, fantazje na temat duchów roślin, przy jednoczesnym unikaniu konfrontacji z osobistymi problemami, z rodziną z krwi, to wszystko jest powszechne w coraz większych szeregach tych, którzy w epoce Internetu przyzwyczaili się do przekonania, że wszystkie prawdy i opinie są równowarte, że skoro wszystko jest jednością – to znaczy wszystko jedno. Jeżeli w ich życiach nie było wcześniej nic co uznawali za wartościowe, to szybki i dość powszechny bywa proces, gdy z doświadczenia “przebudzenia” przechodzą do inflacji ego, podstaw misjonarskich, do Don Kiszota walczącego z reptilianami, chemtrailsami i w ramach tego procesu, do zwyczajnej farsy. W tej odsłonie błazen nosi etniczne koce i pióropusz, ale dalej jest drogowskazem jaki mówi – uważaj by nie iść tą drogą. Alejandro Jodorowski napisał, że jego zdaniem ayahuaska we współczesnym świecie w dużej mierze trafiła do ludzi o romantyczno- infantylnej mentalności. Nie pozwólmy by mówił o nas.

Tradycyjni szamani nie tracą głowy w chmurach, uczestniczą w prawdziwym życiu, normalnych czynnościach, czasem uwaleni błotem i potem. Bądź jak oni, zamiast walczyć z reptilianami, może naucz się doić krowę?

 

Mogę cenić sobie własne poczucie smaku, które powstrzymuje mnie przed zakładaniem indiańskiego pióropusza i gonieniem za egzotycznymi guru, ale nie byłbym uczciwy – zapewne nie miałbym odwagi wygłaszać powyższych kazań – gdyby nie to, że to ja jestem – przynajmniej czasami – tym gościem w koszuli Shipibo, który nie ma pojęcia jak wydoić krowę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Patrzę na deski zamieniające się w papier, patrzę na ścieżki termitów. Na zarosłe w pare tygodni ścieżki, patrzę wzrokiem nie tym samym co rok temu. To medytacja codzienna nad rozkładem, przymusowa, oczywista.

 

 

I am looking at planks turning into paper and dust, I am looking at the termites’ paths. In trail overgrown in just a few weeks I am looking with eyes not as good as a year ago. This is daily meditation on decay, forced by reality, obvious.

 

 

 

 

Niezależnie czy się nam udaje, czy przegrywamy, czy błąd czy sukces, wszystko tym-czasem. Iluzja trwałości większa w nowoczesności, w betonie, plastiku, solidnym koncie bankowym. Nietrwałość nie udaje niczego innego natomiast w dżungli, kiedy się wsłuchać zamiast z nimi walczyć, mówią swymi szczękami o niej termity, gdy zamieniają twe marzenia i plany w swoje ciałka i korytarzyki. Różnica między udaną i spudłowaną inwestycją to zaledwie pare lat róznicy, kiedy jedno, puste, a drugie odwiedzane, równie nieuchronnie skończy jako kolejny etap przemiany materii, nawóz na ubogą glebę amazońskiej puszczy. Jakie to wyzwalające.

 

 

Regardless whether we succeed or fail, mistake or victory, all is temporary. The illusion of permanence is greater in modernity, in concrete, plastic, solid bank account. The impermanence does not pretend nor hides in the jungle, when you listen, rather than panic, you can hear it in the whisper of termites’ jaws when they are turning your dreams and plans in their bodies and tunnel creations. The difference between failed and successful investment is just a few years span, when one half-empty and another, frequented, both inevitably end up as next stage of natural metabolism, fertilizer for poor Amazonian soil. How freeing that is.

 

 

 

 

 

Być więźniem na krótszą niż dłuższą chwilę, szybciej być zmuszonym do puszczania, kochać pozorną porażkę, matkę zmiany, bo wyzwala z rutyny sukcesu, widzieć kres ambicji już na początku jej realizowania, nie czekać na jądrową awarię by zarosły upartym życiem twe wspomnienia, jak blokowiska powyżej, w Czarnobylu, nie bać się kryzysu i imigrantów, bo przyroda sama sygnalizuje, na każdym kroku nienegocjowalny koniec. Spycha cię, twe myśli, twe bycie ciągle tutaj, teraz. Korzystaj. Dzisiejsza zupa jutro rano będzie kwaśna, bo nowe się lęgnie w niej życie, jak i w ziemniakach, w pomidorach zostawionych na półce, w rarytasie odłożonym na później. Później nie istnieje. Twój żołądek i komórki na jedzenie a pamięć na to co przeżyjesz, to najtrwalsze – choć i te nie wieczne – magazyny. Dzisiejszej radości nie przełożysz na za miesiąc. Puszczaj. Wyrzygaj blokady. Kontrolę. Oddawaj co wziąłeś. Nic nie jest twoje, mówią w imieniu lasu korniki. Pleśń. Karaluchy. Goń je, usuwaj, kontroluj dalej – ale tym samym tempem za tobą podąży Pani Szaleństwo.

Poddaj się, otwórz, zaakceptuj, a z dżungli wyciągniesz to co najcenniejsze, nie pieniądze, nie surowce, te całe równie nietrwałe skarby, ale praktyczną lekcję o przemijaniu i nieprzywiązywaniu się. O tym że każdy nasz gest, wysiłek, inwestycja, chęć, ambicja budują mandalę jaką i tak rozwieje wiatr. Wykopane stopnie spłyną porą deszczową, przesieczony maczetami zagajnik znowu zarośnie, oczyszczone medycyną ciała, myśli i dusze znowu się zatłuszczą, splamią, zakorkują, popełnione błędy powtórzą. Ale nic to, to nie znaczy by nie budować, tworzyć, dekorować, tak samo jak fakt, iż po przebrzmiałej pieśni będzie cisza nie znaczy by nie śpiewać, by nie myć na nowo naczyń, nie wymiatać mrówek, nie wymiotować smutkiem i nie szorować duszy. Najczęstsze, fundamentalne icaros jakie prowadzą przez ayahuaskową kurację – to pieśni polerowania, czyszczenia, wypalania. Tak jak na nowo wypala się chwasty, tak i na nowo wypala się złogi w sercu. Kochaj proces, a nie rezultat, by mandala życia lśniła dla samego jej piękna, piękna każdego z niedoskonałych starań, błędnych inwestycji, wadliwych konstrukcji, krok po kroku, ziarenko ryżu do ziarenka, by wreszcie rozdmuchać je ze śmiechem, lub pozostawić za sobą, ktoś z tych klocków coś jeszcze ułoży.

 

 

To be a prisoner for shorter rather than longer moment, to be forced quicker to let go, to love freedom disguised as failure, mother of change, because it sets you free from the routine of success. To see the end of all ambition right in the beginning of the enterprise, not waiting for nuclear disaster like above, in Chernobyl to see your happy memories overgrown by relentless life, not to fear crisis and immigrants, because nature itself signalizes, every moment, every step, not-negotiable end. It pushes you, your thoughts and your being always towards now, here. Use it. Today’s soup will turn acidic tomorrow morning, because new life is hatching there, life of tomorrow, as in potatoes, in tomatoes left on the shelf, in tasty treat left “for later”. The later does not exist, it never comes. Your stomach and your cells for food, your memory for what you live through, these are the most safe warehouses – but even those are not eternal. Joy of today can not be lived in a month time. Let go. Puke the blockage. The control. Give back what you took. Nothing is yours, say termites in the name of the forest. Fungus. Cockroaches. Chase them, remove it, keep controlling – but with the same speed Lady Madness will follow you.

Surrender, open up, accept chaos, and you will draw from the jungle what is the most precious, not money, not raw resources, these equally impermanent treasures, but practical lesson about passing of things, letting go, about non-attachment. That each our gesture, effort, investment, willing, ambition, are building mandala that will anyway, here sooner than later, be scattered by wind. Steps you carved in the ground will be washed by rainy season, bush cut trough with machetes will grow back, bodies, thoughts and souls purified by medicine will grease, stain and clog again, mistakes once commited will repeat. Nevermind, that does not mean to stop trying, building, creating, decorating, as the fact, that after the song is over there is silence does not mean it makes no sense to sing.  To keep washing dishes again and again, to sweep ants out, to vomit the sadness and polish the soul. The most common, fundamental icaros leading through ayahuasca night are songs of polishing, cleaning, burning. As the weeds are burnt again and again, so is the garbage in your heart. Love the process and not the result, so that the mandala of your life shines with its beauty, beauty of all of the imperfect efforts, mistaken investments, faulty constructions, step by step, grain of rice after grain, up to moment where this all will will be destroyed among laughter or left behind for others to play with.

 

 

 

 

 

 

godfather / boże, ojcze

August 13th, 2017

To all the fathers / Wszystkim ojcom

 

 

Everything is sacred, every thing in creation. If we are serious about this, then the only blashphemy is the negation of life, denial of this world. Shit, sweat and sperm. And yet to these thoughts out loud were not only highest for of heresy back then, when those in power had possibility of setting stakes alight, but they can also sound so now, especially to some of those who consider themselves spiritual. Is your brew of the vine sacred for all the transformation it can procur? If so, can one only dress in white and kneel in front of it, what to think of this – genuine – Amazonian shaman – trickster – he wears no cristals, he knows no mantras, and he does this to his bottle :

 

 

Wszystko jest świętością, każda rzecz w stworzeniu. Jeżeli traktujemy to poważnie, wówczas jedynym bluźnierstwem jest negacja życia, zaprzeczenie tego świata. Gówno, pot i sperma. A jednak, wypowiadanie tych myśli głośno było nie tylko najwyższą formą herezji wtedy, kiedy ci u władzy mieli możliwości podpalania stosów, ale może brzmieć i tak dzisiaj, zwłaszcza dla niektórych z tych, którzy uważają się za osoby na duchowej ścieżce. Czy twój wywar z liany jest święty z powodu przemian jakie katalizuje? Jeżeli tak, czy można jedynie ubrać się na biało i bić mu pokłony, co zatem myśleć o tym – oryginalnym – amazońskim szamanie – tricksterze, którzy nie nosi kryształów, nie zna mantr, i robi ze swoją butelką coś takiego :

 

 

 

 

 

But still, I can not help but FEEL that truth is straightforward , that I am finally recovering for myself lost meaning of empty words, when the Ortodox Ukrainian hymns flowed from my speakers, about the God, lord of the world, while I was in process of tattooing this, I felt that I am filling these words with this, what after all was always important to me, and probably is for all men. God, father, creator of MY world.

 

 

Bo nie mogłem powstrzymać UCZUCIA, że prawda jest prosta, że w końcu odzyskuję dla siebie utracone znaczenie prostych słów, kiedy prawosławne ukraińskie hymny płyną z głośnika, o Panu – gospodarzu świata, podczas gdy ja tatuuję, czułem, że słowa te wypełniają się tym, co w końcu zawsze było dla mnie ważne, i takie pewnie jest dla wszystkich. Boże, ojcze, stworzycielu TEGO Świata.

 

 

toil of the land / trud ziemi

August 10th, 2017

 

 

How upside down our world is, I think, when I look at the cassava we planted more than half a year ago. How much sweat, how many rains, how many days, how many weeds. To nourish our bodies months after with the most basic ingredients, to sustain life, with such an effort. And yet, the countless farmers of the world, those who without machines, without chemicals tend to yam in African jungles, rice in plains of Bangladesh, potatoes in the Andes, they are the lowest rungs in the ranks of our modern civilization, next to beggars, hardly able to pay their children school fees with their heroic struggle. Not for them gap year trips, not for them wondering about self-improvement, weekend yoga classes, paintball clashes.

 

We are on half starving diet for only two weeks, to practice our patience, to communicate better with plants we work with, to step back from daily trance. But that austerity is not far removed from so many men daily diet, daily life, daily trance. When weak, hungry and thirsty I sing in the night of ceremony, images of countless generations praying for daily bread, for drop of rain, for mercy become reality for a short moment. I am humble and humiliated at the same time, both because of my temporary state and because of shame that so often I take for granted the fact that it is only temporary. Any amount of “gracias” that night will rung fake if I fail to remember tomorrow. And yet, by every thought, by every song, by every step, I must believe, we may be transformed.

 

 

 

 

 

Jak do góry nogami jest nasz świat postawiony, myślę, gdy patrzę na kassawę posadzoną ponad pół roku temu. Ile potu, ile deszczy, ile dni, ile chwastów wyrwanych. Aby odżywić nasze ciała miesiące później najbardziej podstawowymi składnikami, podtrzymać życie, takim wysiłkiem. A jednak, rzesze rolników świata, tych, którzy bez maszyn, bez chemikaliów uprawiają swój yam gdzieś w dżunglach Afryki, ryż na rozlewiskach Bangladeszu, ziemniaki w Andach, są oni gdzieś na nizinach hierarchii naszej współczesnej cywilizacji, koło żebraków, ledwie zdolni zapłacić za podstawową szkołę swych dzieci, utrzymać je swym heroicznym wysiłkiem. Nie dla nich kształcące wycieczki na koniec świata, rozwój osobisty, weekendowe zajęcia jogi, bitwy paintballowe.

 

Jesteśmy na wpół głodowej diecie od dwóch tygodni. Trochę ryżu, troche yuki, trochę wody. Robimy to by lepiej zrozumieć rośliny z jakimi pracujemy, ćwiczyć cierpliwość, wykroczyć poza codzienny trans. A przecież ta asceza nie jest daleko od codziennej diety wielu mieszkańców tego globu, ich codziennego życia, codziennego transu. Kiedy słaby, głodny i spragniony śpiewam w noc ceremonii, obrazy niezliczonych pokoleń modlących się o chleb powszedni, o kroplę deszczu, o litość, stają się na krótką chwilę rzeczywistością. Jestem pokorny i zarazem upokorzony, zarówno z powodu mojego tymczasowego stanu jak i z powodu wstydu, że tak często biorę za oczywiste iż jest tylko tymczasowy. Każda ilość “gracias” tej nocy zabrzmi fałszywie, jeżeli nie uda mi się pamiętać o tym jutro. A jednak, poprzez każdą myśl, każdą pieśń, każdy krok, muszę wierzyć, możemy dokonać transformacji.

 

 

 

 

 

 

“La Ayahuasca apareció de manera sorpresiva en mi vida en 1986 cuando quería explorar las potencialidades terapéuticas de las medicinas tradicionales. A la vez ello se inscribía en un proceso de búsqueda personal, psicológica, espiritual y  profesional, iniciado mucho antes y que encontró un giro importante cuando estuve en 1984 en Calcuta donde la Madre Teresa y tuve una experiencia de estado modificado de la consciencia sin tomar nada sino acompañando a un moribundo en sus últimos momentos. Ahí decidí dejar los caminos seguros e ir a la aventura en la Amazonía peruana. Se desgarró el velo y entendí que había encontrado lo que buscaba sin saberlo. Me llevó a fundar el Centro Takiwasi para tratar personas con problemas de adicción, a pesar de mis resistencias sobre una perspectiva de vida que no había imaginado. Me llevó también a muchas otras plantas y técnicas ancestrales de sanación sin toma de plantas. Fue como  pasar de ver una película en blanco y negro a una en 3D y a colores. Resumiría unas vivencias tan  complejas y difíciles de poner en palabras diciendo que se trata esencialmente para mí de un camino de reconciliación con lo que es y lo que soy, mi historia, mis orígenes, mis cualidades y mis limitaciones y más que todo con la herencia cristiana que es el tesoro absoluto donde el uso correcto y ritualizado de las plantas juega un papel de precursor en el conocimiento de la Caritas, el amor espiritual.

La Ayahuasca no crea ninguna dependencia y exige “pagar el precio” para acceder al conocimiento. Esa exploración de las profundidades de lo invisible personal, colectivo y transpersonal requiere coraje, perseverancia y humildad. Solicita una alta cuota de sufrimiento y exigencia, la confrontación con el ego y los miedos más profundos como una especie de “suero de la verdad”. Es nada menos que lúdico. Abre las puertas a una vivencia mística de contacto directo con el mundo espiritual que conduce a una encarnación cotidiana con el sufrimiento del otro y el desarrollo de una compasión activa. No es una droga en el sentido popular de la palabra pero como cualquier cosa de la creación, aun las más sagradas, puede transformarse en instrumento de poder, de inflación del ego en vez de ampliación de la consciencia. Todo depende de la actitud interior, la sinceridad, la humildad, y de un uso guiado y correctamente ritualizado. La Ayahuasca “enseña el camino” pero no lo recorre a nuestro lugar… sin invertir en lo cotidiano, sin seguir las indicaciones y las reglas ancestrales de uso, como toda medicina se puede transformar en veneno, y en este caso un veneno del alma.”

 

 

 

 

Ayahuaska pojawiła się w moim życiu w zaskakujący sposób w roku 1986, kiedy zacząłem eksplorację terapeutycznego potencjału medycyny tradycyjnej. Była to jednocześnie część mojego własnego procesu, osobistego, psychologicznego, duchowego, i zawodowego poszukiwania, zaincjowanego dużo wcześniej, a poważnie przekierowanego na inne tory, kiedy miałem okazję być świadkiem przy ostatnich momentach życia Matki Teresy w Kalkucie w roku 1984, i doświadczyłem odmiennego stanu świadomości, bez zażycia jakiejkolwiek substancji. To wówczas zdecydowałem się opuścić bezpieczne ścieżki i wyruszyć na przygodę w peruwiańskiej Amazonii. Zasłona została rozdarta i zrozumiałem, iż znalazłem to czego szukałem, nie wiedząc o tym. To spowodowało powstanie Centrum Takiwasi, gdzie leczymy osoby z problemami uzależnień, pomimo moich pierwotnych oporów wobec perspektywy życia, jakiego sobie wcześniej nie wyobrażałem. Ta ścieżka poprowadziła mnie także do poznania wielu innych roślin i rdzennych technik uzdrawiania bez użycia roślin. Było to jak przejście od oglądania filmów czarnobiałych do kolorowych i do tego w 3D. Podsumowałbym te doświadczenia, tak złożone i trudne do zawarcia w słowach, mówiąc iż mamy tu w zasadzie do czynienia ze ścieżką pogodzenia się z tym co naprawdę jest, kim jestem ja, moją historią, moim pochodzenieniem, moimi zaletami i ograniczeniami, a przede wszystkim, z moim chrześcijańskim dziedzictwem, które jest absolutnym skarbem, gdy poprawne i rytualne użycie roślin odgrywa rolę prekursora w zdobyciu poznania Caritas, duchowej miłości.

 

Ayahuaska nie generuje żadnego rodzaju uzależnienia, i wymaga “zapłacenia ceny” za dostęp do wiedzy. Ta eksploracja głębin niewidzialnego, osobistego, kolektywnego i transpersonalnego, wymaga odwagi, wytrwałości, pokory. Oznacza także konieczność wielkiego cierpienia, dyscypliny, konfrontacji z ego i najgłębszymi strachami, niczym rodzaj “serum prawdy”. To nie jest zwykła zabawa. Otwiera drzwi mistycznego doświadczenia bezpośredniego kontaktu ze światem duchowym, które prowadzi w życiu codziennym do połączenia się z cierpieniem, i rozwinięcia aktywnego współczucia. To nie jest narkotyk w popularnym znaczeniu tego słowa, ale jak wszystko co stworzone, nawet najbardziej święte, może przeistoczyć się w instrument władzy, inflacji ego, zamiast poszerzenia świadomości. Wszystko zależy od wewnętrznego nastawienia, uczciwości, pokory, jak i prowadzonego i poprawnie zrytualizowanego stosowania. Ayahuaska “pokazuje drogę” ale nie przejdzie jej za nas. Bez inwestycji w codzienną praktykę, bez podążania za wskazówkami i pradawnymi wskazówkami użycia, jak każda medycyna, może przekształcić się w truciznę, i w tym wypadku oznacza to truciznę dla duszy.

 

 

 

 

 

Ayahuasca appeared in a suprising way in my life in 1986, when I wanted to explore the therepeutical potential of traditional medicines. At the same time it fit in my process of personal, psychological, spiritual and professional search, intitiated much earlier, which came to important turn when I was present at Mother’s Theresa dying moments in Calcultta in 1984 and experienced altered state of consciousness without having taken any substance. That is when I decided to abandon the safe paths and go for an adventure in Peruvian Amazon. The veil has been torn and I understood that I have found what I was looking for, without knowing it. It brought me to create Takiwasi Center for treatment of persons with addiction problems, despite my resistance to perspective of life I had not imagined before. It also brought me to a lot of other plants and ancestral techniques of healing without use of plants. It was like moving from seeing a black and white film to one in 3d and in colours. I would sum these experiences so complex and difficult to encase in words by saying that we are dealing here basically with my path of reconcilliation with what really is and who I am , my history, my origins, my qualities and my limitations, and above all, my Christian heritage, which is an absolute treasure, where correct and ritualized usage of the plants plays a role of precursor in obtaining knowledge of Caritas, spiritual love.

 

Ayahuasca does not create any kind of dependency and does require to “pay a price” for accessing the knowlege. This exploration of depths of the invisible, the personal, collective and transpersonal, requires courage, perseverance and humility. It asks for a large amount of suffering and discipline, confrontation with ego and the most profound fears, like a kind of “truth serum”.  It is not a mere play. It opens the doors of mystical experience of direct contact with spiritual world, which leads in daily life to connecting with suffering of the other and development of active compassion.  This is not a drug in popular sense of the word, but like anything in creation, even the most sacred, it can transform into instrument of power, inflation of ego instead of widening of consciousness. Everything depends upon interior attitude, sincerity, humility, and guided and correctly ritualized use. Ayahuasca “shows the way” but is not walking the way for us. Without investing in everyday practice, without following indications and ancestral rules of use, like all medicine it can transform itself into venom, and in this case it means venom for the soul.

 

 

 

żywy ogień / fire

August 4th, 2017

„Przeszłość i przyszłość zasłaniają nam Boga; spal je obie żywym ogniem”

 

 

“Past and future conceal God from us, burn them both with live fire”

 

[ Rumi ]

 

 

 

 

 

 

“I felt in need of a great pilgrimage, so I sat still for three days.”

 

 

„Poczułem się w potrzebie wielkiej pielgrzymki, więc usiadłem i siedzę ciągle od trzech dni.

 

[  Hafiz ]

 

 

 

 

wo.da

July 27th, 2017

„Kto podąża ścieżką, musi jak woda pogodzić się z tym, gdzie się znajduje.” [ Lao Tse ]

 

 

 

 

 

 

 

Water unites and water divides. It has been two years and the river never stops. The seasons change there, beyond great ocean, but not here, not in the way familiar. But we stay close to the roots, how we imagine them. We live like our ancestors, separated from them by physical distance, but close in the common experience of exile, that experience of so many generations. I feel their longing now for the willow in the land of oranges. But we are close to them in another way too, in the burden of water carried from stream daily, in smoke from the fire in our eyes, in joy at the abundance of fresh fish and simple pleasure of root dig out from the ground, in the absence of bounty of supermarket happiness.

 

 

Woda oddziela i woda łączy. Minęły dwa lata i rzeka się nie zatrzymuje. Pory roku zmieniają się tam, za wielkim oceanem, ale nie tu, nie w sposób znajomy. Ale pozostajemy blisko korzeni, tak jak je sobie wyobrażam. Żyjemy jak przodkowie, oddzieleni od ich kości fizycznym dystansem, ale bliscy we wspólnym doświadczeniu wygnania, doświadczenia tak wielu pokoleń. Czuję ich tęsknotę za wierzbą w krainie cytryny. Ale jesteśmy ich blisko jeszcze w inne sposoby, w brzemieniu wody codziennie niesionej ze strumienia, w dymie z paleniska gryzącym w oczy, w radości z powodu obfitości świeżej ryby i prostej przyjemności bulwy wydłubanej z ziemi, wobec braku supermarketowej szczęśliwości.

 

 

 

 

 

Fate twisted like forest river, twisted like Ronin, the cosmic serpent, separates thatched roofs that were and are our shelters. Separates branchless trees of early spring and eternal green of the jungle.

 

 

Los pokręcony jak leśna rzeka, jak Ronin, kosmiczny wąż, oddziela strzechy jakie były i są naszym schronieniem. Oddziela bezlistne drzewa wczesnej wiosny i wieczną zieleń dżungli.

 

 

 

 

 

 

 

 

Branches and leaves are different, but water that nourishes them – it stays the same. In the early hour, just before dawn, even its chill can remind of the paradise lost and bring the memories and now as one.

 

Gałęzie i liście są różne, ale woda, która je żywi – taka sama. O wczesnej godzinie, przed świtem, nawet jej chłód przypomina raj w pamięci żyjący i staje się on tutaj.

 

 

 

 

 

Proudly powered by WordPress. Theme developed with WordPress Theme Generator.
Copyright © światosław / tales from the world. All rights reserved.